W wakacje między pierwszą, a drugą gimnazjum zmarła moja babcia. Do ostatnich dni jej życia traktowałam ją okropnie, czego dzisiaj bardzo żałuję. Nawet nie zapłakałam na jej pogrzebie, a przecież mnie ostrzegła! To jedna z tych rzeczy, których najbardziej żałuję - że nie byłam dla niej lepsza. Niedługo potem skończyły się wakacje.
A wraz z nimi moje zaangażowanie w grę. Po prostu przez te wakacje dotarło do mnie, że mogę być taka jak inni, jeśli tylko tego chcę. Postanowiłam się dopasować do moich jarających koleżanek. I to był błąd.
Zaczęłam od zmiany garderoby i telefonu na smartfona. Mogłam sobie na to pozwolić, bo przez ten rok nasza sytuacja finansowa znacznie się poprawiła - mój tata otworzył własną firmę. Z nowymi ciuchami i po tym jak moi prześladowcy opuścili mury gimnazjum, od razu odnalazłam się w towarzystwie rówieśniczek. Miały akurat etap na cięcie się żyletkami, bo "chłopak ich nie chce". Do dzisiaj mam uraz do osób, zwłaszcza dziewczyn, które się tną. Zwyczajnie nie wierzę w takie pierdoły jak "tnę się, bo to uśmierza ból" albo "bo chce się zabić". Gdybyś chciała się zabić to byś to zrobiła. One twierdziły, że nie chcą zwracać na siebie uwagi, żeby nikt nie zorientował, ze mają jakieś "problemy". O ile problemem można nazwać, że chłopak, który Ci się podoba nie powiedział Ci "cześć" na korytarzu. No to skoro nie chcesz, żeby ktoś wiedział to po co sobie robisz widoczne rany na nadgarstkach? Dla mnie to było totalnie pozbawione sensu. Z resztą do dzisiaj jest.
Udawałam, że bardzo im współczuję itp. Rzeczywiście miałam to gdzieś. Byleby nie być znowu samą. Tak naprawdę to nawet nie lubiłam tych dziewczyn. Wiecznie bredziły o chłopakach, kosmetykach, chłopakach, piercingu, chłopakach, alkoholu i chłopakach. No i o chłopakach.
Była też taka dziewczyna, która była jeszcze mniej lubiana niż ja w pierwszej gimnazjum. Nie sądziłam, że to możliwe, a jednak. Mało kto ją lubił, bo się wymądrzała, była gruba i brzydka, więc ludzie byli dla niej zwyczajnie chamscy. Ja ją po prostu ignorowałam i byłam chłodna, bo nie chciałam, żeby powróciła rzeczywistość z wcześniejszego roku. Aż do pewnego dnia, kiedy Weronika, bo tak miała na imię, dosiadła się do mnie na przerwie. Zaczęłyśmy gadać o książkach i jakoś tak wyszło, że pożyczyłam jej książkę, a w wakacje zaczęłyśmy się spotykać. Ale o tym innym razem.
Przez ten rok zauważyłam też, że mama dziwnie się zachowuje. Robi sobie rano drinki, pije cały dzień... Myślałam, że to z nudów, przecież i tak siedziała w domu i zajmowała się Emilką. Nie wiem nawet kiedy uzależniła się od alkoholu tak bardzo, że był jej najpotrzebniejszy na świecie. Przestała jeść, przestała cokolwiek robić w domu. Po prostu piła. A przy tym była bardzo agresywna. Wyżywała się na mnie psychicznie, poniżała, wyzywała od najgorszych. I przed tym właśnie ostrzegała mnie babcia. Nie lubiłam przebywać z nią w jednym pokoju. W domu nie czułam się bezpiecznie, wiecznie przez nią nękana, więc zaczęłam z niego uciekać i tak zaczęły się kolejne wakacje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz