Przez te wakacje zaczęłam się przyjaźnić z Weroniką. Nawet ją lubiłam, powiem szczerze. Latem jeździłam do niej często, bo za wszelką cenę unikałam mamy alkoholiczki. Weronika była tak jak ja dla wszystkich niewidzialna, też uwielbiała czytać, więc od razu załapałyśmy świetny kontakt.
Jednak w te wakacje stało się coś nieprawdopodobnego. Pojechałyśmy razem na kąpielisko. Usiadłyśmy gdzieś na uboczu w strojach kąpielowych. Wtedy pojawiła się grupka chłopaków. I do nas zagadali! Byłam totalnie zaskoczona! Potem pisali do mnie niejednokrotnie, chwaląc moją urodę itp. To było dla mnie coś zupełnie nowego i nie wiedziałam skąd taka odmiana. Jednak nie byłam nimi zainteresowana - po prostu sądziłam, że to jeden wielki żart. Kontakt utrzymywałam tylko z jednym z nich - Pawłem. Sama nie wiem czemu. Po prostu urzekł mnie swoim poczuciem humoru. Godzinami potrafiliśmy rozmawiać na Skypie. Dla mnie było oczywiste, ze to jedynie przyjaźń, jednak dla niego nasza relacja znaczyła coś więcej. Jednak nic mi o tym nie powiedział.
Trzeci rok gimnazjum jest jednym z milszych wspomnień w moim życiu. Pomimo coraz większych kłopotów z mamą, byłam szczęśliwa. Wreszcie miałam przyjaciółkę, którą naprawdę lubiłam, nie potrzebowałyśmy nikogo, poza sobą. Wszystko robiłyśmy razem. Szkoda tylko, że byłyśmy w różnych klasach.
Po tym roku nadeszły kolejne wakacje. A skoro skończyłam gimnazjum to Sara zaproponowała, że ona i jej ówczesny narzeczony wezmą mnie na pierwszą imprezę. Z początku nie byłam tym zachwycona, jednak się zgodziłam. Sara oczywiście postarała się o moją odpowiednią aparycję - tona makijażu, krótka sukienka i szpilki. Na imprezie zwróciło na mnie uwagę paru chłopców, czym byłam szczerze zaskoczona. Znowu. I wtedy Sara powiedziała coś, co totalnie zmieniło mój pogląd na siebie. A mianowicie: "Sisi, przecież jesteś śliczna. Tyle dziewczyn marzy, żeby wyglądać tak jak ty! Szkoda, że tego nie wykorzystujesz..." - i tak nastał przełom.
Zaczęłam się malować, prostować włosy, ładnie ubierać (ładnie oznaczało często wyzywająco). Chłopcy chwalili mój dosyć spory biust, krągły tyłek, długie nogi czy smukłą talię. Parę tygodni po tej imprezie miałam pierwszego chłopaka! To było niewiarygodne! Ja - pośmiewisko szkoły byłam teraz obiektem westchnień!
Mój "związek" jednak nie trwał długo. Tak szczerze to coś koło tygodnia, a to z tej przyczyny, że byłam z tym chłopakiem, bo świata poza mną nie widział. Nie kochałam go, a że zaczął być agresywny i mną rządzić to go rzuciłam.
Nadszedł czas pójścia do liceum. Wybrałyśmy z Weroniką to samo, ale różne klasy. Z racji tego, że się świetnie obie uczyłyśmy nie miałyśmy najmniejszego problemu z dostaniem się do tej prestiżowej szkoły. Postanowiłam, że już nigdy nie będę pośmiewiskiem, ani niewidzialną dziewczyną. Całkowicie się zmieniłam. Byłam cały czas radosna, czyli byłam tak naprawdę sobą sprzed lat! Dbałam o siebie, bez soczewek czy makijażu nie było mowy o wyjściu! Szybko osiągnęłam zamierzony rezultat - chłopcy za mną szaleli, a dziewczyny uwielbiały. Jednak przez to zaczęłyśmy się oddalać z Weroniką - różne klasy, u niej raczej brak popularności sprawiły, że coraz rzadziej się widywałyśmy. Wkrótce potem Weronika popadła w depresję, w której ja ją zostawiłam samą, bo nie miałam o niej pojęcia. Żałuję tego bardzo.
Jednak wtedy o tym nie myślałam. Po prostu stwierdziłam, że ona za mną nie nadąża. Imprezowałam często i gęsto. Jeździłam na randki, praktycznie cały czas z kimś pisałam na telefonie. Uwielbiałam bawić się uczuciami chłopców. Wtedy jeszcze nigdy się nie zakochałam, za to oni byli gotowi skoczyć za mną w ogień. Uwielbiałam to, ze pisali do mnie dzień w dzień, martwili się, podziwiali... Często dawałam im złudną nadzieję... Byłam taka głupia. Nie zauważyłam, że część z nich widząc mój dekolt i mini, traktują mnie jako zwykły obiekt seksualny! Nie pomyślałam, że któryś może chcieć mnie wykorzystać...
I właśnie to mnie zgubiło...
Czy zastanawialiście się kiedyś czy jesteście dobrzy czy źli? Bo ja tak. Bardzo często. To jest blog, w którym chcę opowiedzieć wam moją historię. Możecie mnie oceniać, podważać moje decyzje lub się z nimi zgadzać. Do was należy decyzja.
czwartek, 4 sierpnia 2016
Z jednego problemu w drugi
W wakacje między pierwszą, a drugą gimnazjum zmarła moja babcia. Do ostatnich dni jej życia traktowałam ją okropnie, czego dzisiaj bardzo żałuję. Nawet nie zapłakałam na jej pogrzebie, a przecież mnie ostrzegła! To jedna z tych rzeczy, których najbardziej żałuję - że nie byłam dla niej lepsza. Niedługo potem skończyły się wakacje.
A wraz z nimi moje zaangażowanie w grę. Po prostu przez te wakacje dotarło do mnie, że mogę być taka jak inni, jeśli tylko tego chcę. Postanowiłam się dopasować do moich jarających koleżanek. I to był błąd.
Zaczęłam od zmiany garderoby i telefonu na smartfona. Mogłam sobie na to pozwolić, bo przez ten rok nasza sytuacja finansowa znacznie się poprawiła - mój tata otworzył własną firmę. Z nowymi ciuchami i po tym jak moi prześladowcy opuścili mury gimnazjum, od razu odnalazłam się w towarzystwie rówieśniczek. Miały akurat etap na cięcie się żyletkami, bo "chłopak ich nie chce". Do dzisiaj mam uraz do osób, zwłaszcza dziewczyn, które się tną. Zwyczajnie nie wierzę w takie pierdoły jak "tnę się, bo to uśmierza ból" albo "bo chce się zabić". Gdybyś chciała się zabić to byś to zrobiła. One twierdziły, że nie chcą zwracać na siebie uwagi, żeby nikt nie zorientował, ze mają jakieś "problemy". O ile problemem można nazwać, że chłopak, który Ci się podoba nie powiedział Ci "cześć" na korytarzu. No to skoro nie chcesz, żeby ktoś wiedział to po co sobie robisz widoczne rany na nadgarstkach? Dla mnie to było totalnie pozbawione sensu. Z resztą do dzisiaj jest.
Udawałam, że bardzo im współczuję itp. Rzeczywiście miałam to gdzieś. Byleby nie być znowu samą. Tak naprawdę to nawet nie lubiłam tych dziewczyn. Wiecznie bredziły o chłopakach, kosmetykach, chłopakach, piercingu, chłopakach, alkoholu i chłopakach. No i o chłopakach.
Była też taka dziewczyna, która była jeszcze mniej lubiana niż ja w pierwszej gimnazjum. Nie sądziłam, że to możliwe, a jednak. Mało kto ją lubił, bo się wymądrzała, była gruba i brzydka, więc ludzie byli dla niej zwyczajnie chamscy. Ja ją po prostu ignorowałam i byłam chłodna, bo nie chciałam, żeby powróciła rzeczywistość z wcześniejszego roku. Aż do pewnego dnia, kiedy Weronika, bo tak miała na imię, dosiadła się do mnie na przerwie. Zaczęłyśmy gadać o książkach i jakoś tak wyszło, że pożyczyłam jej książkę, a w wakacje zaczęłyśmy się spotykać. Ale o tym innym razem.
Przez ten rok zauważyłam też, że mama dziwnie się zachowuje. Robi sobie rano drinki, pije cały dzień... Myślałam, że to z nudów, przecież i tak siedziała w domu i zajmowała się Emilką. Nie wiem nawet kiedy uzależniła się od alkoholu tak bardzo, że był jej najpotrzebniejszy na świecie. Przestała jeść, przestała cokolwiek robić w domu. Po prostu piła. A przy tym była bardzo agresywna. Wyżywała się na mnie psychicznie, poniżała, wyzywała od najgorszych. I przed tym właśnie ostrzegała mnie babcia. Nie lubiłam przebywać z nią w jednym pokoju. W domu nie czułam się bezpiecznie, wiecznie przez nią nękana, więc zaczęłam z niego uciekać i tak zaczęły się kolejne wakacje.
A wraz z nimi moje zaangażowanie w grę. Po prostu przez te wakacje dotarło do mnie, że mogę być taka jak inni, jeśli tylko tego chcę. Postanowiłam się dopasować do moich jarających koleżanek. I to był błąd.
Zaczęłam od zmiany garderoby i telefonu na smartfona. Mogłam sobie na to pozwolić, bo przez ten rok nasza sytuacja finansowa znacznie się poprawiła - mój tata otworzył własną firmę. Z nowymi ciuchami i po tym jak moi prześladowcy opuścili mury gimnazjum, od razu odnalazłam się w towarzystwie rówieśniczek. Miały akurat etap na cięcie się żyletkami, bo "chłopak ich nie chce". Do dzisiaj mam uraz do osób, zwłaszcza dziewczyn, które się tną. Zwyczajnie nie wierzę w takie pierdoły jak "tnę się, bo to uśmierza ból" albo "bo chce się zabić". Gdybyś chciała się zabić to byś to zrobiła. One twierdziły, że nie chcą zwracać na siebie uwagi, żeby nikt nie zorientował, ze mają jakieś "problemy". O ile problemem można nazwać, że chłopak, który Ci się podoba nie powiedział Ci "cześć" na korytarzu. No to skoro nie chcesz, żeby ktoś wiedział to po co sobie robisz widoczne rany na nadgarstkach? Dla mnie to było totalnie pozbawione sensu. Z resztą do dzisiaj jest.
Udawałam, że bardzo im współczuję itp. Rzeczywiście miałam to gdzieś. Byleby nie być znowu samą. Tak naprawdę to nawet nie lubiłam tych dziewczyn. Wiecznie bredziły o chłopakach, kosmetykach, chłopakach, piercingu, chłopakach, alkoholu i chłopakach. No i o chłopakach.
Była też taka dziewczyna, która była jeszcze mniej lubiana niż ja w pierwszej gimnazjum. Nie sądziłam, że to możliwe, a jednak. Mało kto ją lubił, bo się wymądrzała, była gruba i brzydka, więc ludzie byli dla niej zwyczajnie chamscy. Ja ją po prostu ignorowałam i byłam chłodna, bo nie chciałam, żeby powróciła rzeczywistość z wcześniejszego roku. Aż do pewnego dnia, kiedy Weronika, bo tak miała na imię, dosiadła się do mnie na przerwie. Zaczęłyśmy gadać o książkach i jakoś tak wyszło, że pożyczyłam jej książkę, a w wakacje zaczęłyśmy się spotykać. Ale o tym innym razem.
Przez ten rok zauważyłam też, że mama dziwnie się zachowuje. Robi sobie rano drinki, pije cały dzień... Myślałam, że to z nudów, przecież i tak siedziała w domu i zajmowała się Emilką. Nie wiem nawet kiedy uzależniła się od alkoholu tak bardzo, że był jej najpotrzebniejszy na świecie. Przestała jeść, przestała cokolwiek robić w domu. Po prostu piła. A przy tym była bardzo agresywna. Wyżywała się na mnie psychicznie, poniżała, wyzywała od najgorszych. I przed tym właśnie ostrzegała mnie babcia. Nie lubiłam przebywać z nią w jednym pokoju. W domu nie czułam się bezpiecznie, wiecznie przez nią nękana, więc zaczęłam z niego uciekać i tak zaczęły się kolejne wakacje.
Jak trafiłam do piekła, czyli okres gimnazjum
Gimnazjum to czas, w którym zaczęły się wszystkie moje problemy. To był ten moment, w którym działo się mi najgorzej i usilnie potrzebowałam pomocy, ale nikt mi jej nie udzielił.
Kiedy szłam do pierwszej gimnazjum urodziła się moja najmłodsza siostra - Emilka. Strasznie ją wszyscy od razu pokochaliśmy. Jednak mama zaczęłam ją faworyzować. Ogólnie nie przeszkadzało mi to, bo nigdy nie miałam z nią jakiś szczególnych więzi. Dla niej zawsze moje siostry były ważniejsze, a ja byłam "ta gorsza". Nie raz i nie dwa mi o tym w życiu przypomniała, bardzo niesprawiedliwie mnie traktując.
Jednak to nie przeszkadzało mi, żeby do ostatnich dni życia mojej babci być dla niej po prostu świnią. Ale o tym kiedy indziej.
Gdy zaczął się wyczekiwany przeze mnie rok szkolny, nic nie ułożyło się tak jak chciałam. Miałam przyjaciółki w klasie, które piły, ćpały, paliły i uganiały się za chłopakami. Mnie takie coś nie pociągało - uważałam, ze to nieodpowiedni wiek na alkohol, że papierosów nikt nie powinien palić, bo są szkodliwe, a narkotyki to już w ogóle przegięcie. Chłopców lubiłam, ale nie miałam najmniejszej ochoty pakować się w te wszystkie "pseudozwiązki" w gimnazjum. Uważałam, że na wszystko jest czas, a gimnazjum to nieodpowiednia pora na seks i inne takie. Po prostu uznałam, że wolę jeszcze pobyć trochę dzieckiem. Dalej czytałam, uczyłam się, biegałam, oglądałam bajki... Nic się w tej kwestii nie zmieniło. I w tym, według moich kolegów z gimnazjum tkwił problem.
Przyznam, że w tym czasie w moim domu się nie przelewało. Tata akurat zmieniał pracę, więc utrzymywaliśmy się wszyscy z bardzo lichej pensji mamy. Powoli wychodziliśmy na prostą, ale trochę to trwało, więc moja garderoba przez szereg lat nie uległa zmianie. Po prostu byłam zawsze drobna, więc jak coś było mi lekko za duże w podstawówce to spokojnie mogłam to jeszcze nosić do drugiej gimnazjum. Wiedziałam, że różowe sandały czy koszulka z pieskiem są dla większości trzynastolatek "obciachem", ale mnie wcale nie przeszkadzały. Nawet je lubiłam, poza tym nie chciałam obciążać rodziców dodatkowymi i przecież niepotrzebnymi kosztami.
Jednak koledzy z gimnazjum mieli nieco odmienne zdanie. Jak tylko zaczął się rok szkolny, uwzięło się na mnie kilku uczniów z trzeciej gimnazjum. Nazywali mnie "parterem", wyśmiewali moje ciuchy czy tornister. Raz czy dwa mnie popchnęli, ale nikt nie reagował. Z czasem zaczęli się ode mnie odsuwać rówieśnicy, bo nie chcieli się zadawać z mniej popularną uczennicą. Przecież bycie lubianym i popularnym jest w tym wieku NAJWAŻNIEJSZE. A co jak jakiś chłopak, który się podoba mojej koleżance mnie z nią zauważy? Jeszcze pomyśli, że z niej też się śmieją.
Przyszedł więc taki czas, kiedy byłam całkiem sama. Koleżanki przestały mnie zapraszać na wspólne nocowania i wypady do kina. Jedyne na co mnie zapraszały to swoje urodziny, bo ich mamy je do tego zmuszały - "nie zaprosisz jej jako jedynej osoby z klasy? Przecież tak nie wypada!" itd. Ja chodziłam, bo nie chciałam, żeby rodzice się dowiedzieli, że nie jestem zbyt lubiana. Te imprezki to do dzisiaj jedne z najgorszych wspomnień w moim życiu. I tak nikt nie chciał ze mną gadać. Pili alkohol i gadali między sobą, a ja siedziałam w ciszy i modliłam się, żeby ta katorga się skończyła.
Na przerwach w szkole najczęściej czytałam siedząc gdzieś na uboczu. Dzisiaj mam trochę żal do nauczycieli, że wtedy, kiedy był dzień sportu i wszyscy siedzieli razem, śmiali się, ja siedziałam daleko od trybun, czytając, żaden się nawet mną nie zainteresował.
Z czasem stałam się rozdrażniona i opryskliwa. Byłam niemiła dla wszystkich, nawet dla sióstr, które przecież były dla mnie najważniejsze. Coraz bardziej zamykałam się w sobie. Próbowałam zapełnić pustkę jeszcze większą ilością nauki. Spacery przestały sprawiać mi przyjemność, bo podczas nich najczęściej płakałam z samotności. Uciekałam coraz bardziej w książki, ale i to nie dawało mi tego czego chciałam. W tym czasie najbardziej potrzebowałam akceptacji. Kogoś, kto mi powie: "Hej, nie martw się, ja cię kocham taką, jaką jesteś!". Ale nikt mi tego wtedy nie powiedział.
Znalazłam za to inny sposób, żeby dostać to, czego chciałam.Na początku wakacji, po tragicznym roku w gimnazjum zaczęłam grać w pewną grę. Tworzysz postać, kupujesz jej coraz to nowe ciuchy i fryzury, tworzysz z nią filmy i różne takie. Okazało się, że tam moja wyobraźnia była wprost idealna! Z czasem zdobyłam mnóstwo fanów, ludzi, którzy mnie podziwiali! Stałam się popularna - ja, która dla rodziny była dziwolągiem, a w szkole pośmiewiskiem albo kimś zupełnie niewidzialnym. Tak bardzo mi się to spodobało, że uzależniłam się od tej gry. Potrafiłam wstać o 7 rano i zacząć grać, a skończyć o 1 w nocy.
Przestałam pomagać w domu, chodziłam do kościoła już bardzo sporadycznie, kontakt z siostrami ograniczył się do "cześć" i "dobranoc". Rodzinka nie była wtedy zadowolona. Za wiele nie pamiętam z tych wakacji. Czasem mama przychodziła na mnie nakrzyczeć, a tak to cały czas ta gra. Tak bardzo przysłoniła mi rzeczywistość, że nie zauważyłam czegoś, co dzisiaj spędza mi sen z powiek. Coś, co zmieniło mnie jeszcze bardziej, tak, że jakby dzisiaj spojrzała na mnie ta radosna i pełna miłości do świata dziewczynka, którą kiedyś była to zapłakałaby nad tym, kim się stała...
Kiedy szłam do pierwszej gimnazjum urodziła się moja najmłodsza siostra - Emilka. Strasznie ją wszyscy od razu pokochaliśmy. Jednak mama zaczęłam ją faworyzować. Ogólnie nie przeszkadzało mi to, bo nigdy nie miałam z nią jakiś szczególnych więzi. Dla niej zawsze moje siostry były ważniejsze, a ja byłam "ta gorsza". Nie raz i nie dwa mi o tym w życiu przypomniała, bardzo niesprawiedliwie mnie traktując.
Jednak to nie przeszkadzało mi, żeby do ostatnich dni życia mojej babci być dla niej po prostu świnią. Ale o tym kiedy indziej.
Gdy zaczął się wyczekiwany przeze mnie rok szkolny, nic nie ułożyło się tak jak chciałam. Miałam przyjaciółki w klasie, które piły, ćpały, paliły i uganiały się za chłopakami. Mnie takie coś nie pociągało - uważałam, ze to nieodpowiedni wiek na alkohol, że papierosów nikt nie powinien palić, bo są szkodliwe, a narkotyki to już w ogóle przegięcie. Chłopców lubiłam, ale nie miałam najmniejszej ochoty pakować się w te wszystkie "pseudozwiązki" w gimnazjum. Uważałam, że na wszystko jest czas, a gimnazjum to nieodpowiednia pora na seks i inne takie. Po prostu uznałam, że wolę jeszcze pobyć trochę dzieckiem. Dalej czytałam, uczyłam się, biegałam, oglądałam bajki... Nic się w tej kwestii nie zmieniło. I w tym, według moich kolegów z gimnazjum tkwił problem.
Przyznam, że w tym czasie w moim domu się nie przelewało. Tata akurat zmieniał pracę, więc utrzymywaliśmy się wszyscy z bardzo lichej pensji mamy. Powoli wychodziliśmy na prostą, ale trochę to trwało, więc moja garderoba przez szereg lat nie uległa zmianie. Po prostu byłam zawsze drobna, więc jak coś było mi lekko za duże w podstawówce to spokojnie mogłam to jeszcze nosić do drugiej gimnazjum. Wiedziałam, że różowe sandały czy koszulka z pieskiem są dla większości trzynastolatek "obciachem", ale mnie wcale nie przeszkadzały. Nawet je lubiłam, poza tym nie chciałam obciążać rodziców dodatkowymi i przecież niepotrzebnymi kosztami.
Jednak koledzy z gimnazjum mieli nieco odmienne zdanie. Jak tylko zaczął się rok szkolny, uwzięło się na mnie kilku uczniów z trzeciej gimnazjum. Nazywali mnie "parterem", wyśmiewali moje ciuchy czy tornister. Raz czy dwa mnie popchnęli, ale nikt nie reagował. Z czasem zaczęli się ode mnie odsuwać rówieśnicy, bo nie chcieli się zadawać z mniej popularną uczennicą. Przecież bycie lubianym i popularnym jest w tym wieku NAJWAŻNIEJSZE. A co jak jakiś chłopak, który się podoba mojej koleżance mnie z nią zauważy? Jeszcze pomyśli, że z niej też się śmieją.
Przyszedł więc taki czas, kiedy byłam całkiem sama. Koleżanki przestały mnie zapraszać na wspólne nocowania i wypady do kina. Jedyne na co mnie zapraszały to swoje urodziny, bo ich mamy je do tego zmuszały - "nie zaprosisz jej jako jedynej osoby z klasy? Przecież tak nie wypada!" itd. Ja chodziłam, bo nie chciałam, żeby rodzice się dowiedzieli, że nie jestem zbyt lubiana. Te imprezki to do dzisiaj jedne z najgorszych wspomnień w moim życiu. I tak nikt nie chciał ze mną gadać. Pili alkohol i gadali między sobą, a ja siedziałam w ciszy i modliłam się, żeby ta katorga się skończyła.
Na przerwach w szkole najczęściej czytałam siedząc gdzieś na uboczu. Dzisiaj mam trochę żal do nauczycieli, że wtedy, kiedy był dzień sportu i wszyscy siedzieli razem, śmiali się, ja siedziałam daleko od trybun, czytając, żaden się nawet mną nie zainteresował.
Z czasem stałam się rozdrażniona i opryskliwa. Byłam niemiła dla wszystkich, nawet dla sióstr, które przecież były dla mnie najważniejsze. Coraz bardziej zamykałam się w sobie. Próbowałam zapełnić pustkę jeszcze większą ilością nauki. Spacery przestały sprawiać mi przyjemność, bo podczas nich najczęściej płakałam z samotności. Uciekałam coraz bardziej w książki, ale i to nie dawało mi tego czego chciałam. W tym czasie najbardziej potrzebowałam akceptacji. Kogoś, kto mi powie: "Hej, nie martw się, ja cię kocham taką, jaką jesteś!". Ale nikt mi tego wtedy nie powiedział.
Znalazłam za to inny sposób, żeby dostać to, czego chciałam.Na początku wakacji, po tragicznym roku w gimnazjum zaczęłam grać w pewną grę. Tworzysz postać, kupujesz jej coraz to nowe ciuchy i fryzury, tworzysz z nią filmy i różne takie. Okazało się, że tam moja wyobraźnia była wprost idealna! Z czasem zdobyłam mnóstwo fanów, ludzi, którzy mnie podziwiali! Stałam się popularna - ja, która dla rodziny była dziwolągiem, a w szkole pośmiewiskiem albo kimś zupełnie niewidzialnym. Tak bardzo mi się to spodobało, że uzależniłam się od tej gry. Potrafiłam wstać o 7 rano i zacząć grać, a skończyć o 1 w nocy.
Przestałam pomagać w domu, chodziłam do kościoła już bardzo sporadycznie, kontakt z siostrami ograniczył się do "cześć" i "dobranoc". Rodzinka nie była wtedy zadowolona. Za wiele nie pamiętam z tych wakacji. Czasem mama przychodziła na mnie nakrzyczeć, a tak to cały czas ta gra. Tak bardzo przysłoniła mi rzeczywistość, że nie zauważyłam czegoś, co dzisiaj spędza mi sen z powiek. Coś, co zmieniło mnie jeszcze bardziej, tak, że jakby dzisiaj spojrzała na mnie ta radosna i pełna miłości do świata dziewczynka, którą kiedyś była to zapłakałaby nad tym, kim się stała...
Od początku
Pewnie się zastanawiacie po co takie rzeczy pisać w Internecie - otóż poradziła mi to moja znajoma psycholog. Mówi, że zwierzenie się z tego co nas boli zapewnia ulgę w sercu i głowie. Jednak rzeczy, o których chcę wam opowiedzieć nie nadają się dla uszu kogokolwiek z moich znajomych. Jasne, o niektórych sytuacjach wiedzą niektóre osoby, ale żadna osoba nie wie wszystkiego. Z prostej przyczyny - a to takiej, że to by było za dużo dla jednego człowieka. Mogliby nie chcieć mnie znać, a tego bym zdecydowanie nie zniosła.
Moja opowieść musi się niestety zacząć od moich rodziców. To chyba dosyć logiczne. Moja mama pochodzi z rodziny patologicznej. Jej ojciec zmarł, kiedy miała 7 lat. Oficjalnie na białaczkę, rzeczywiście - zapił się. Zostawił trójkę dzieci i żonę, która wkrótce pocieszyła się jego kuzynem. Był to prawdziwy tyran. Bił i znęcał się psychicznie nad swoim pasierbem i pasierbicami. Wkrótce urodziło im się dziecko - syn.
Ojciec poznał matkę na dyskotece. Zakochali się. Okazało się po jakimś czasie, że moja mama jest w ciąży. Pod wpływem swojej matki, mój ojciec zostawił mamę z obawy, że to nie jego dziecko. Kiedy moja siostra Sara miała 5 lat znowu się zeszli i wzięli ślub. Wkrótce potem przyszłam na świat ja i moja młodsza siostra - Oliwia. Byłam od nich zdecydowanie inna. Moje ciemne włosy, oczy i ciemniejsza skóra bardzo kontrastowała z ich blond włosami, jasną cerą i szarymi oczami. Z charakteru też bardzo się różniłyśmy - ja wiecznie ruchliwa, ciekawa świata, uwielbiająca dowiadywać się nowych rzeczy, z bardzo wybujałą wyobraźnią i głową w chmurach, a one twardo stąpające po ziemi, cieszące się z tego, co mają i bez potrzeby powszechnego zrozumienia.
Przez to, że się różniłyśmy, uznano mnie w rodzinie za dziwoląga. Byłam cały czas z nimi porównywana. Po jakimś czasie jednak przywykłam. Czasem było mi ciężko. Pewnie myślicie, że przesadzam, ale kiedy słyszycie po raz setny w tym miesiącu od swojej tłustej ciotki, że "jesteś dziwna i nigdy nie znajdziesz chłopaka" to też byście mieli dość.
Chociaż może mieli rację? Uwielbiałam spędzać dnie jak byłam młodsza na różnorakich zabawach, w których wymyślałam takie historie, że Oliwia słuchała ich z wypiekami na twarzy. Zawsze byłam dla niej wzorem. Nikt ani nic nie było w stanie nas rozdzielić. Miałyśmy ze sobą jakąś szczególną więź.
Gdy minął okres dzieciństwa, zamieniłam zabawę na sport, spacery, czytanie i pisanie opowiadać. Potrafiłam całe dnie spędzić na nauce, czytaniu, bieganiu czy spacerach. Nie potrzebowałam do tego muzyki czy jakiegoś towarzystwa. Uwielbiałam dowiadywać się nowych rzeczy, wymyślać niestworzone rzeczy i wsłuchiwać się w odgłosy natury. Może dlatego tak ciężko było mi się dostosować do dusz towarzystwa mojej rodziny.
Zawsze byłam spokojna, grzeczna, uprzejma. Dobrze się uczyłam, uwielbiałam pomagać mamie czy babci. Dużo się modliłam i chodziłam do kościoła, bo wierzyłam w Boga bardzo usilnie. Wiecie - cały październik różaniec, cały maj nabożeństwa majowe, cały adwent roraty, cały Wielki Post Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale i Godzinki. Nie mówiąc już o coniedzielnej Mszy Świętej czy cotygodniowej Mszy Szkolnej. Bywałam w kościele częściej niż większość starszych kobiet czy nawet ministrantów. Było to dla mnie czymś całkowicie normalnym.
Nauka była dla mnie bardzo ważna. Zawsze chciałam zostać lekarzem, więc trzeba się było postarać. W końcu byle kogo na medycynę nie biorą. Skończyło się na tym, że podstawówkę skończyłam z najwyższą średnią i najwyższym wynikiem testu szóstoklasisty. Byłam z tego bardzo dumna.
Co do pomagania w domu... Tu po raz pierwszy moja psychika została poddana bardzo ciężkiej próbie. Moja mama całe życie nie mogła wybaczyć babci i tacie, że gdy zaszła w ciążę to została z tym sama. Cały czas nastawiała mnie przeciwko nim. Tym bardziej, że byłam przez babcię i tatę wciąż uwielbiana. Nie dość, że taka zdolna, pobożna i pomocna, to jeszcze tak idealnie podobna do rodziny ze strony babci! Jak ona się z tego cieszyła! Wiecznie dostawałam biżuterię od jakiś ciotek, bo przypominam tak bardzo kochaną prababcię czy Bóg wie kogo jeszcze. I tak trwał podział. Rodzina ze strony taty miała się za mną, za przeproszeniem, zesrać, a rodzina od strony mamy "zaakceptowała", że jestem czarną owcą tej rodziny. Sama nie wiem, co było gorsze.
W każdym razie jak tylko babcia mnie o coś prosiła, mama zabraniała mi to robić. Jako posłuszna córka wykonywałam jej polecenia, przez co bardzo zawodziłam babcię. Pamiętam, co powiedziała mi pewnej wigilii: "życzę ci, żebyś nie była taka jak matka". Wtedy byłam tymi słowami bardzo oburzana, bo to przecież moja najwspanialsza mamusia i nie wiem jak ona mogła coś takiego powiedzieć! Zwłaszcza, ze mama coraz bardziej mnie podburzała przeciwko babci. Z czasem zaczęłam ją nienawidzić. Wrogo się do niej odnosiłam. Chamskie odzywki były codziennością. Dopiero po jej śmierci dowiedziałam się, że bardziej trafnych życzeń nie mogła mi złożyć...
Problemem było również moje zdrowie. Tak bardzo przejmowałam się nauką, że wymiotowałam i gorączkowałam ze stresu. Jeżdżenie po lekarzach, szpitalach i takich tam. Wszystko skończyło się, gdy zaczęłam dojrzewać. Wtedy dolegliwości ustąpiły, bo nauczyłam się dusić w sobie negatywne emocje.
I na takim etapie skończyło się moje poniekąd szczęśliwe dzieciństwo. Wszystko zmieniło się, kiedy poszłam do gimnazjum.
Moja opowieść musi się niestety zacząć od moich rodziców. To chyba dosyć logiczne. Moja mama pochodzi z rodziny patologicznej. Jej ojciec zmarł, kiedy miała 7 lat. Oficjalnie na białaczkę, rzeczywiście - zapił się. Zostawił trójkę dzieci i żonę, która wkrótce pocieszyła się jego kuzynem. Był to prawdziwy tyran. Bił i znęcał się psychicznie nad swoim pasierbem i pasierbicami. Wkrótce urodziło im się dziecko - syn.
Ojciec poznał matkę na dyskotece. Zakochali się. Okazało się po jakimś czasie, że moja mama jest w ciąży. Pod wpływem swojej matki, mój ojciec zostawił mamę z obawy, że to nie jego dziecko. Kiedy moja siostra Sara miała 5 lat znowu się zeszli i wzięli ślub. Wkrótce potem przyszłam na świat ja i moja młodsza siostra - Oliwia. Byłam od nich zdecydowanie inna. Moje ciemne włosy, oczy i ciemniejsza skóra bardzo kontrastowała z ich blond włosami, jasną cerą i szarymi oczami. Z charakteru też bardzo się różniłyśmy - ja wiecznie ruchliwa, ciekawa świata, uwielbiająca dowiadywać się nowych rzeczy, z bardzo wybujałą wyobraźnią i głową w chmurach, a one twardo stąpające po ziemi, cieszące się z tego, co mają i bez potrzeby powszechnego zrozumienia.
Przez to, że się różniłyśmy, uznano mnie w rodzinie za dziwoląga. Byłam cały czas z nimi porównywana. Po jakimś czasie jednak przywykłam. Czasem było mi ciężko. Pewnie myślicie, że przesadzam, ale kiedy słyszycie po raz setny w tym miesiącu od swojej tłustej ciotki, że "jesteś dziwna i nigdy nie znajdziesz chłopaka" to też byście mieli dość.
Chociaż może mieli rację? Uwielbiałam spędzać dnie jak byłam młodsza na różnorakich zabawach, w których wymyślałam takie historie, że Oliwia słuchała ich z wypiekami na twarzy. Zawsze byłam dla niej wzorem. Nikt ani nic nie było w stanie nas rozdzielić. Miałyśmy ze sobą jakąś szczególną więź.
Gdy minął okres dzieciństwa, zamieniłam zabawę na sport, spacery, czytanie i pisanie opowiadać. Potrafiłam całe dnie spędzić na nauce, czytaniu, bieganiu czy spacerach. Nie potrzebowałam do tego muzyki czy jakiegoś towarzystwa. Uwielbiałam dowiadywać się nowych rzeczy, wymyślać niestworzone rzeczy i wsłuchiwać się w odgłosy natury. Może dlatego tak ciężko było mi się dostosować do dusz towarzystwa mojej rodziny.
Zawsze byłam spokojna, grzeczna, uprzejma. Dobrze się uczyłam, uwielbiałam pomagać mamie czy babci. Dużo się modliłam i chodziłam do kościoła, bo wierzyłam w Boga bardzo usilnie. Wiecie - cały październik różaniec, cały maj nabożeństwa majowe, cały adwent roraty, cały Wielki Post Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale i Godzinki. Nie mówiąc już o coniedzielnej Mszy Świętej czy cotygodniowej Mszy Szkolnej. Bywałam w kościele częściej niż większość starszych kobiet czy nawet ministrantów. Było to dla mnie czymś całkowicie normalnym.
Nauka była dla mnie bardzo ważna. Zawsze chciałam zostać lekarzem, więc trzeba się było postarać. W końcu byle kogo na medycynę nie biorą. Skończyło się na tym, że podstawówkę skończyłam z najwyższą średnią i najwyższym wynikiem testu szóstoklasisty. Byłam z tego bardzo dumna.
Co do pomagania w domu... Tu po raz pierwszy moja psychika została poddana bardzo ciężkiej próbie. Moja mama całe życie nie mogła wybaczyć babci i tacie, że gdy zaszła w ciążę to została z tym sama. Cały czas nastawiała mnie przeciwko nim. Tym bardziej, że byłam przez babcię i tatę wciąż uwielbiana. Nie dość, że taka zdolna, pobożna i pomocna, to jeszcze tak idealnie podobna do rodziny ze strony babci! Jak ona się z tego cieszyła! Wiecznie dostawałam biżuterię od jakiś ciotek, bo przypominam tak bardzo kochaną prababcię czy Bóg wie kogo jeszcze. I tak trwał podział. Rodzina ze strony taty miała się za mną, za przeproszeniem, zesrać, a rodzina od strony mamy "zaakceptowała", że jestem czarną owcą tej rodziny. Sama nie wiem, co było gorsze.
W każdym razie jak tylko babcia mnie o coś prosiła, mama zabraniała mi to robić. Jako posłuszna córka wykonywałam jej polecenia, przez co bardzo zawodziłam babcię. Pamiętam, co powiedziała mi pewnej wigilii: "życzę ci, żebyś nie była taka jak matka". Wtedy byłam tymi słowami bardzo oburzana, bo to przecież moja najwspanialsza mamusia i nie wiem jak ona mogła coś takiego powiedzieć! Zwłaszcza, ze mama coraz bardziej mnie podburzała przeciwko babci. Z czasem zaczęłam ją nienawidzić. Wrogo się do niej odnosiłam. Chamskie odzywki były codziennością. Dopiero po jej śmierci dowiedziałam się, że bardziej trafnych życzeń nie mogła mi złożyć...
Problemem było również moje zdrowie. Tak bardzo przejmowałam się nauką, że wymiotowałam i gorączkowałam ze stresu. Jeżdżenie po lekarzach, szpitalach i takich tam. Wszystko skończyło się, gdy zaczęłam dojrzewać. Wtedy dolegliwości ustąpiły, bo nauczyłam się dusić w sobie negatywne emocje.
I na takim etapie skończyło się moje poniekąd szczęśliwe dzieciństwo. Wszystko zmieniło się, kiedy poszłam do gimnazjum.
Subskrybuj:
Posty (Atom)