czwartek, 4 sierpnia 2016

Jak trafiłam do piekła, czyli okres gimnazjum

Gimnazjum to czas, w którym zaczęły się wszystkie moje problemy. To był ten moment, w którym działo się mi najgorzej i usilnie potrzebowałam pomocy, ale nikt mi jej nie udzielił.

Kiedy szłam do pierwszej gimnazjum urodziła się moja najmłodsza siostra - Emilka. Strasznie ją wszyscy od razu pokochaliśmy. Jednak mama zaczęłam ją faworyzować. Ogólnie nie przeszkadzało mi to, bo nigdy nie miałam z nią jakiś szczególnych więzi. Dla niej zawsze moje siostry były ważniejsze, a ja byłam "ta gorsza". Nie raz i nie dwa mi o tym w życiu przypomniała, bardzo niesprawiedliwie mnie traktując.

Jednak to nie przeszkadzało mi, żeby do ostatnich dni życia mojej babci być dla niej po prostu świnią. Ale o tym kiedy indziej.

Gdy zaczął się wyczekiwany przeze mnie rok szkolny, nic nie ułożyło się tak jak chciałam. Miałam przyjaciółki w klasie, które piły, ćpały, paliły i uganiały się za chłopakami. Mnie takie coś nie pociągało - uważałam, ze to nieodpowiedni wiek na alkohol, że papierosów nikt nie powinien palić, bo są szkodliwe, a narkotyki to już w ogóle przegięcie. Chłopców lubiłam, ale nie miałam najmniejszej ochoty pakować się w te wszystkie "pseudozwiązki" w gimnazjum. Uważałam, że na wszystko jest czas, a gimnazjum to nieodpowiednia pora na seks i inne takie. Po prostu uznałam, że wolę jeszcze pobyć trochę dzieckiem. Dalej czytałam, uczyłam się, biegałam, oglądałam bajki... Nic się w tej kwestii nie zmieniło. I w tym, według moich kolegów z gimnazjum tkwił problem.

Przyznam, że w tym czasie w moim domu się nie przelewało. Tata akurat zmieniał pracę, więc utrzymywaliśmy się wszyscy z bardzo lichej pensji mamy. Powoli wychodziliśmy na prostą, ale trochę to trwało, więc moja garderoba przez szereg lat nie uległa zmianie. Po prostu byłam zawsze drobna, więc jak coś było mi lekko za duże w podstawówce to spokojnie mogłam to jeszcze nosić do drugiej gimnazjum. Wiedziałam, że różowe sandały czy koszulka z pieskiem są dla większości trzynastolatek "obciachem", ale mnie wcale nie przeszkadzały. Nawet je lubiłam, poza tym nie chciałam obciążać rodziców dodatkowymi i przecież niepotrzebnymi kosztami.

Jednak koledzy z gimnazjum mieli nieco odmienne zdanie. Jak tylko zaczął się rok szkolny, uwzięło się na mnie kilku uczniów z trzeciej gimnazjum. Nazywali mnie "parterem", wyśmiewali moje ciuchy czy tornister. Raz czy dwa mnie popchnęli, ale nikt nie reagował. Z czasem zaczęli się ode mnie odsuwać rówieśnicy, bo nie chcieli się zadawać z mniej popularną uczennicą. Przecież bycie lubianym i popularnym jest w tym wieku NAJWAŻNIEJSZE. A co jak jakiś chłopak, który się podoba mojej koleżance mnie z nią zauważy? Jeszcze pomyśli, że z niej też się śmieją.

Przyszedł więc taki czas, kiedy byłam całkiem sama. Koleżanki przestały mnie zapraszać na wspólne nocowania i wypady do kina. Jedyne na co mnie zapraszały to swoje urodziny, bo ich mamy je do tego zmuszały - "nie zaprosisz jej jako jedynej osoby z klasy? Przecież tak nie wypada!" itd. Ja chodziłam, bo nie chciałam, żeby rodzice się dowiedzieli, że nie jestem zbyt lubiana. Te imprezki to do dzisiaj jedne z najgorszych wspomnień w moim życiu. I tak nikt nie chciał ze mną gadać. Pili alkohol i gadali między sobą, a ja siedziałam w ciszy i modliłam się, żeby ta katorga się skończyła.

Na przerwach w szkole najczęściej czytałam siedząc gdzieś na uboczu. Dzisiaj mam trochę żal do nauczycieli, że wtedy, kiedy był dzień sportu i wszyscy siedzieli razem, śmiali się, ja siedziałam daleko od trybun, czytając, żaden się nawet mną nie zainteresował.

Z czasem stałam się rozdrażniona i opryskliwa. Byłam niemiła dla wszystkich, nawet dla sióstr, które przecież były dla mnie najważniejsze. Coraz bardziej zamykałam się w sobie. Próbowałam zapełnić pustkę jeszcze większą ilością nauki. Spacery przestały sprawiać mi przyjemność, bo podczas nich najczęściej płakałam z samotności. Uciekałam coraz bardziej w książki, ale i to nie dawało mi tego czego chciałam. W tym czasie najbardziej potrzebowałam akceptacji. Kogoś, kto mi powie: "Hej, nie martw się, ja cię kocham taką, jaką jesteś!". Ale nikt mi tego wtedy nie powiedział.

Znalazłam za to inny sposób, żeby dostać to, czego chciałam.Na początku wakacji, po tragicznym roku w gimnazjum zaczęłam grać w pewną grę. Tworzysz postać, kupujesz jej coraz to nowe ciuchy i fryzury, tworzysz z nią filmy i różne takie. Okazało się, że tam moja wyobraźnia była wprost idealna! Z czasem zdobyłam mnóstwo fanów, ludzi, którzy mnie podziwiali! Stałam się popularna - ja, która dla rodziny była dziwolągiem, a w szkole pośmiewiskiem albo kimś zupełnie niewidzialnym. Tak bardzo mi się to spodobało, że uzależniłam się od tej gry. Potrafiłam wstać o 7 rano i zacząć grać, a skończyć o 1 w nocy.

Przestałam pomagać w domu, chodziłam do kościoła już bardzo sporadycznie, kontakt z siostrami ograniczył się do "cześć" i "dobranoc". Rodzinka nie była wtedy zadowolona. Za wiele nie pamiętam z tych wakacji. Czasem mama przychodziła na mnie nakrzyczeć, a tak to cały czas ta gra. Tak bardzo przysłoniła mi rzeczywistość, że nie zauważyłam czegoś, co dzisiaj spędza mi sen z powiek. Coś, co zmieniło mnie jeszcze bardziej, tak, że jakby dzisiaj spojrzała na mnie ta radosna i pełna miłości do świata dziewczynka, którą kiedyś była to zapłakałaby nad tym, kim się stała...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz