Pewnie się zastanawiacie po co takie rzeczy pisać w Internecie - otóż poradziła mi to moja znajoma psycholog. Mówi, że zwierzenie się z tego co nas boli zapewnia ulgę w sercu i głowie. Jednak rzeczy, o których chcę wam opowiedzieć nie nadają się dla uszu kogokolwiek z moich znajomych. Jasne, o niektórych sytuacjach wiedzą niektóre osoby, ale żadna osoba nie wie wszystkiego. Z prostej przyczyny - a to takiej, że to by było za dużo dla jednego człowieka. Mogliby nie chcieć mnie znać, a tego bym zdecydowanie nie zniosła.
Moja opowieść musi się niestety zacząć od moich rodziców. To chyba dosyć logiczne. Moja mama pochodzi z rodziny patologicznej. Jej ojciec zmarł, kiedy miała 7 lat. Oficjalnie na białaczkę, rzeczywiście - zapił się. Zostawił trójkę dzieci i żonę, która wkrótce pocieszyła się jego kuzynem. Był to prawdziwy tyran. Bił i znęcał się psychicznie nad swoim pasierbem i pasierbicami. Wkrótce urodziło im się dziecko - syn.
Ojciec poznał matkę na dyskotece. Zakochali się. Okazało się po jakimś czasie, że moja mama jest w ciąży. Pod wpływem swojej matki, mój ojciec zostawił mamę z obawy, że to nie jego dziecko. Kiedy moja siostra Sara miała 5 lat znowu się zeszli i wzięli ślub. Wkrótce potem przyszłam na świat ja i moja młodsza siostra - Oliwia. Byłam od nich zdecydowanie inna. Moje ciemne włosy, oczy i ciemniejsza skóra bardzo kontrastowała z ich blond włosami, jasną cerą i szarymi oczami. Z charakteru też bardzo się różniłyśmy - ja wiecznie ruchliwa, ciekawa świata, uwielbiająca dowiadywać się nowych rzeczy, z bardzo wybujałą wyobraźnią i głową w chmurach, a one twardo stąpające po ziemi, cieszące się z tego, co mają i bez potrzeby powszechnego zrozumienia.
Przez to, że się różniłyśmy, uznano mnie w rodzinie za dziwoląga. Byłam cały czas z nimi porównywana. Po jakimś czasie jednak przywykłam. Czasem było mi ciężko. Pewnie myślicie, że przesadzam, ale kiedy słyszycie po raz setny w tym miesiącu od swojej tłustej ciotki, że "jesteś dziwna i nigdy nie znajdziesz chłopaka" to też byście mieli dość.
Chociaż może mieli rację? Uwielbiałam spędzać dnie jak byłam młodsza na różnorakich zabawach, w których wymyślałam takie historie, że Oliwia słuchała ich z wypiekami na twarzy. Zawsze byłam dla niej wzorem. Nikt ani nic nie było w stanie nas rozdzielić. Miałyśmy ze sobą jakąś szczególną więź.
Gdy minął okres dzieciństwa, zamieniłam zabawę na sport, spacery, czytanie i pisanie opowiadać. Potrafiłam całe dnie spędzić na nauce, czytaniu, bieganiu czy spacerach. Nie potrzebowałam do tego muzyki czy jakiegoś towarzystwa. Uwielbiałam dowiadywać się nowych rzeczy, wymyślać niestworzone rzeczy i wsłuchiwać się w odgłosy natury. Może dlatego tak ciężko było mi się dostosować do dusz towarzystwa mojej rodziny.
Zawsze byłam spokojna, grzeczna, uprzejma. Dobrze się uczyłam, uwielbiałam pomagać mamie czy babci. Dużo się modliłam i chodziłam do kościoła, bo wierzyłam w Boga bardzo usilnie. Wiecie - cały październik różaniec, cały maj nabożeństwa majowe, cały adwent roraty, cały Wielki Post Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale i Godzinki. Nie mówiąc już o coniedzielnej Mszy Świętej czy cotygodniowej Mszy Szkolnej. Bywałam w kościele częściej niż większość starszych kobiet czy nawet ministrantów. Było to dla mnie czymś całkowicie normalnym.
Nauka była dla mnie bardzo ważna. Zawsze chciałam zostać lekarzem, więc trzeba się było postarać. W końcu byle kogo na medycynę nie biorą. Skończyło się na tym, że podstawówkę skończyłam z najwyższą średnią i najwyższym wynikiem testu szóstoklasisty. Byłam z tego bardzo dumna.
Co do pomagania w domu... Tu po raz pierwszy moja psychika została poddana bardzo ciężkiej próbie. Moja mama całe życie nie mogła wybaczyć babci i tacie, że gdy zaszła w ciążę to została z tym sama. Cały czas nastawiała mnie przeciwko nim. Tym bardziej, że byłam przez babcię i tatę wciąż uwielbiana. Nie dość, że taka zdolna, pobożna i pomocna, to jeszcze tak idealnie podobna do rodziny ze strony babci! Jak ona się z tego cieszyła! Wiecznie dostawałam biżuterię od jakiś ciotek, bo przypominam tak bardzo kochaną prababcię czy Bóg wie kogo jeszcze. I tak trwał podział. Rodzina ze strony taty miała się za mną, za przeproszeniem, zesrać, a rodzina od strony mamy "zaakceptowała", że jestem czarną owcą tej rodziny. Sama nie wiem, co było gorsze.
W każdym razie jak tylko babcia mnie o coś prosiła, mama zabraniała mi to robić. Jako posłuszna córka wykonywałam jej polecenia, przez co bardzo zawodziłam babcię. Pamiętam, co powiedziała mi pewnej wigilii: "życzę ci, żebyś nie była taka jak matka". Wtedy byłam tymi słowami bardzo oburzana, bo to przecież moja najwspanialsza mamusia i nie wiem jak ona mogła coś takiego powiedzieć! Zwłaszcza, ze mama coraz bardziej mnie podburzała przeciwko babci. Z czasem zaczęłam ją nienawidzić. Wrogo się do niej odnosiłam. Chamskie odzywki były codziennością. Dopiero po jej śmierci dowiedziałam się, że bardziej trafnych życzeń nie mogła mi złożyć...
Problemem było również moje zdrowie. Tak bardzo przejmowałam się nauką, że wymiotowałam i gorączkowałam ze stresu. Jeżdżenie po lekarzach, szpitalach i takich tam. Wszystko skończyło się, gdy zaczęłam dojrzewać. Wtedy dolegliwości ustąpiły, bo nauczyłam się dusić w sobie negatywne emocje.
I na takim etapie skończyło się moje poniekąd szczęśliwe dzieciństwo. Wszystko zmieniło się, kiedy poszłam do gimnazjum.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz